czwartek, 15 marca 2012

Dead Leaves and The Dirty Ground...

Dawno mnie tu nie było (?), ale nie mam czasu pisać. Czasu, może i ochoty trochę też nie.

Z racji że wydarzenia i czas płyną u mnie jak oszalałe, a ja z racji że nie mam pojęcia co mam zrobić, jaką decyzję podjąć i czy jakkolwiek zareagować zdecydowałam się na le bierne uczestnictwo w wydarzeniach, jakoś to będzie bo jakoś musi. W końcu najgorzej nie mam.

Jak to w bardzo mądrej piosence powiedzieli:

Ona odwraca się i pyta: ` Wszystko w porządku?`
Odpowiadam: `musi być w porządku skoro moje serce nadal bije`"

Dzisiejszą notkę poświęcę sobie mojemu życiu muzycznemu, może trochę moim chorym ambicjom, może trochę marzeniom, może po prostu mi się nudzi.

Zacznę może od zespołu, który zaimponował mi nie tyle samą muzyką, którą uważam oczywiście za dobrą i oryginalną i w dzisiejszych czasach potrzebną, co swoim image'em, oni są pozytywnie popierdoleni, a do tego zajebiście pociągający, kocham lifestyle który pokazują, BRAŁABYM.









W dzisiejszych czasach kto nie ma Gunsów na telefonie, ten nie powinien żyć.
Takie moje zdanie, bo przynajmniej wszyscy z mojego towarzystwa mają.





Duff & Steven, dwa idealne nieogary, takich ludzi jest za mało, fuck me.



Le Saul, dobre włosy mogą być, ale osobiście ruchałabym talent.



Mniej więcej tak bedę wyglądała jak pospełniam marzenia.



Le Duff Najzajebistszy




Axlowe Love





*___________*





Guns'n'Roses nie należą jednak do kręgu zespołów którymi się "żywię".
Żywię się bowiem wszystkim co jest na zdjęciu poniżej:




Od lewej:

- The Dead Weather
- The White Stripes
- The Raconteurs

+





Zaczniemy od zespołu, od którego wszystko się zaczęło, zaczęło się to co jest teraz, wykreowało to jaka jestem, to co lubię, to czym żyję.




The White Stripes, dwuosobowa formacja grająca indie rocka, garage rocka bla bla bla, tworzą ją Jack & Meg White, o tym pierwszym nigdy nie mogę przestać fantazjować, ajm sołri, po prostu jest bogiem i wyrocznią mojego życia i jestem zazdrosna o wszystko co jest związane z nim a nie dotyczy mnie, dlatego bywam agresywna gdy przypadkowe osoby mówią że słuchają TWS itp, a gówno o nich wiedzą i żywią marną sympatię. 















T H E   D E A D   W E A T H E R



Określają się mianem "super grupy" i taką też są. W tej foramcji najbardziej doceniam to, że
w jednym zespole są dwie osoby, które kocham nad życie - Jack White & Alison Mosshart, którym
poświęciłam siebie, dzięki Alison znalazłam swój styl i powowłanie, jest dla mnie tak ważna, że
aż jest jedyną osobą której pozwalam zbliżyć się do Jack'a. Oni muszą być parą, nie wyobrażam sobie
innej opcji. Ja jako kiepska kopia VV pozwalam tej kobiecie w swoim imieniu zająć się jego życiem.










Ever forever ukochane oblicze ludzi mojego życia ♥





T H E    K I L L S







The Kills, jako że jest drugim zespołem należącym do Alison, musiał stać się chcąc nie chcąc trzecim
z trzech zespołów dla których oszalałam. Również dwuosobowa formacja, Alison (VV) i Jamie (Hotel), urzekli mnie bardzo zróżnicowanym repertuarem swoich piosenek i osobliwym image'em. Chociaż ich muzyka nie wpływa na mnie tak inspirująco jak The White Stripes czy The Dead Weather, jest już lepsza od trzeciego zespołu Jack'a White'a zwanego...





... T H E   R A C O N T E U R S



Na temat tego zespołu nie mam nic do powiedzenia, musze go lubić bo jest w nim Jack, haha, nie no, tak poważnie to ma kilka dobrych kawałków jak "Salute Your Solution" czy "Consoler of The Lonely", ale chociaż to straszne, jest zespół który swoją ostatnią płytką rozjebał mój system myślenia, zakochałam się bowiem w...





... T H E   B L A C K   K E Y S



Również dwuosobowy zespół, kurczę, wszystkie duetówki mnie zwalają z nóżek ostatnimi czasami,
ich ostatnia płyta "El Camino" zabiła mnie zajebistością, to rekord, że jest na niej tylko jedna piosenka której nie toleruję ("Little Black Submarine"), a reszta, może dlatego że łudząco do siebie podobna,
wzięła mnie w "objęcia swojej zajebistości" i przez moją Tumblr'owo zrytą bańkę ciągle po głowie chodzi mi wizja zamieszkania w brodzie wokalisty, hyhy.



Nie żebym tą notkę pisała jakieś 3 godziny, gdzie tam, nikt mi nie uwierzy.
Ale czuję się spełniona, dzieki temu.

Dostałam pozwolenie na jutrzejsze wieczoren AmfiParty z zacną wiarą, więc szykuje się "dobry dzień".
Trzeba tylko jakoś przeżyć budę.


"I say `NO WOW NO MORE`",
DW.

1 komentarz:

  1. o kurwa, laska, kocham Twoją notkę i kurwa nie wierz, ale nie mam gunsów na telefonie, ale wiesz, że uwielbiam i kurwa mnie nie zabijaj do chuja pana, hahah nie no piękna notka i wierzę że długo pisałaś, warto było ;***********

    OdpowiedzUsuń